Mogę spełniać marzenia

 

 

20160701_152213 2

 

To depresja – usłyszałam jak przez mgłę. W tamtym okresie, w ogóle mało co do mnie docierało. Na pytania lekarza odpowiedzi udzielał mój mąż. Ja nie miałam siły pozbierać myśli na tyle, by sklecić chociaż jedno sensowne zdanie. W głowie miałam pustkę. Przeraźliwą, niczym ziejąca rana. Słowa umykały w zastraszającym tempie. Nie umiałam się skoncentrować na niczym. Jedyne, czego wtedy pragnęłam, to żeby pozwolono mi wreszcie wrócić do łóżka, zaszyć w jego rogu z kołdrą na głowie i spać, spać, spać. Moja aktywność ograniczała się do tych krótkich chwil, kiedy wstawałam do toalety lub do szafki ze słodyczami. Wracałam potem do łóżka i wchłaniałam, aż mnie zemdliło, by chwilę później znowu spać.

To nieprawda, że było mi obojętne, co się stanie z moim dzieckiem, czy moim małżeństwem. Ja po prostu nie miałam siły, żeby wykonać jakikolwiek ruch. Jedyne, na co było mnie stać to spanie i kompulsywne żarcie oraz wizyty w toalecie. Nie kąpałam się, nie przebierałam; umycie włosów graniczyło z cudem. Głupie wyszorowanie zębów od czasu do czasu było nie lada wyczynem. Nienawidziłam swojej osoby, ale nie byłam w stanie wykrzesać z siebie ani odrobiny energii. Czułam się nikim. Jednak ciało nie pozwalało mi na ulgę, nie mogłam udawać, że naprawdę mnie nie ma. Domagało się ode mnie rzeczy tak idiotycznych, jak potrzeba nażarcia się oraz załatwienia potrzeb fizjologicznych, co wiązało się z wysiłkiem wstania z łóżka. Miałam wrażenie, że moja wola jest poza mną.

Minęły tygodnie, leki zaczeły działać, czułam się trochę lepiej. Częściej wstawałam z łóżka, zaczęłam jadać w miarę regularnie, sypiałam mniej. Nadal jednak byłam przygnębiona, nic mnie nie cieszyło i czułam ogólną niemoc.

I nagle, dosłownie z dnia na dzień, nastapiła totalna odmiana, zwrot o 180 stopni. Wstąpiła we mnie taka energia, że wykonywałam kilka lub kilkanaście rzeczy na raz, żadnej w zasadzie nie kończąc. Poszłam do kuchni. Wytarłam talerz i kubek, wróciłam do pokoju. Usiadłam w fotelu, przeczytałam dwa zdania z książki i znów wstałam. Poszłam do łazienki. Nastawiłam pranie. Wróciłam do pokoju. Przeczytałam kolejne dwa zdania i znów się poderwałam z miejsca. Poszłam do pokoju dziecka, zamknęłam okno, bo coś wiało. Po chwili wróciłam i jednak je otwarłam, bo duszno. Zobaczyłam, że jedna z gier leżących na górnej półce jest trochę krzywo. Musiałam to poprawić. Najgorsze było to, że ja ten niepokój miałam gdzieś głęboko w sobie. Ale był też niesamowity napęd. Wciąż byłam w ruchu, niezmordowana. Spałam dwie, trzy godziny dziennie i budziłam się, natychmiast gotowa do działania. Prawie nie jadłam. Chudłam po trzy kilogramy tygodniowo. Byłam przeszczęśliwa. Patrzyłam w lustro i nie mogłam się napatrzeć. Byłam piękna. Wszystko było takie oszałamiające. Włosy lśniły, uśmiech zniewalał, sylwetka była proporcjonalna, jak nigdy przedtem. Nosiłam coraz krótsze spódnice i sukienki, buty na wysokim obcasie, półprzezroczyte bluzki. Pogoda temu sprzyjała – lato tamtego roku było wyjątkowo upalne. Z dnia na dzień mój makijaż stawał się coraz ostrzejszy, bardziej wyzywający, choć dla mnie było to zupełnie naturalne. Wszystko wokół mnie i we mnie składało się w jedną cudownie spójną całość. Byłam elementem Wszechświata. Absolutnie niezbędnym. Czułam, że swoim istnieniem nadaję temu Wszechświatowi najgłębszy sens.

I nagle, jak grom z jasnego nieba, spadła na mnie kolejna diagnoza: choroba afektywna dwubiegunowa, obecnie epizod manii. Problem polegał na tym, że w manii nie wierzy się w żadne diagnozy. Byłam najzdrowszym i najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, któremu wredni lekarze chcą wmówić chorobę i zamknąć w szpitalu. Postanowiłam, że się nie dam.

I stało się. Na horyzoncie pojawił się on. W manii flirt jest tak samo oczywisty, jak oddychanie. Flirtowałabym z każdym, kto by się nawinął. Akurat padło na niego. Ani to jego wina, ani też zasługa. Nie byłam sama w tej rozgrywce, koło niego kręciła się też inna dziewczyna, jednak fakt ten bynajmniej mnie nie zniechęcił. Wręcz przeciwnie – tylko dodał animuszu. Prowokowałam. Czarowałam. Nasze rozmowy pełne były aluzji. W moich żyłach zamiast krwi płynęła czysta mania. Cała – od palców u stóp po koniuszek głowy – byłam manią. Jego obecność odczuwałam niemal metafizycznie. Czy był przystojny? A czy to miało jakiekolwiek znaczenie? Dla mnie wtedy był kimś w rodzaju półboga. Musiałam go zdobyć.

Wygrałam tę bitwę, jednak cena, jaką przyszło mi za to zapłacić, kiedy mania już odpuściła, była niewiarygodna. Depresja, jaka potem przyszła, trwała ponad rok. W tym czasie byłam trzykrotnie hospitalizowana. Problem manii polega też na tym, że ogromnie trudno jest wyrzec się osób i rzeczy, które w czasie choroby przykuły nas do siebie. Wciąż wydaje nam się, że są one wiele warte i cenne. Prawda jest inna i bardzo brutalna – na ogół są to kiczowate świecidełka, które tylko do złudzenia przypominają drogocenny kruszec. Im szybciej się od nich uwolnimy, tym lepiej dla nas. Bo zrobić głupstwo w manii jest szalenie łatwo, ale pozbierać swój, zniszczony własnymi rękami, świat w jedną sensowną całość, już trochę gorzej. A zdecydowanie najtrudniej jest nauczyć się żyć ze świadomością tego, jak cienka nić oddziela nas w chorobie od zniszczenia sobie życia na zawsze.

Mania to również czas, kiedy przeszłość jawi się jako bezproblemowa, teraźniejszość wydaje się być jednym wielkim niekończącym się pasmem sukcesów, a przyszłość… Przyszłość jest cudem, w którym odniosę sukces, jakiego nikt nie odniósł, dokonam największych rzeczy z możliwych, zbawię ludzkość i w ogóle beze mnie świat nie miałby szans. Jestem niezniszczalna, nie podlegam prawom moralnym, bo wszystko, co robię jest dobre, prawe i jedynie słuszne, ale też, wszystko, co czynię uszczęśliwia innych. To ja dyktuję prawa i wyznaczam granice. Wyrzuty sumienia nie istnieją. Jak miałby odczuwać wyrzuty sumienia ktoś, kto nie popełnia żadnych błędów? Ktoś, kto jest bogiem?

Kiedy przychodzi depresja jestem nikim. Nic nie znaczę. Niczego nie osiągnę. Nikt mnie nie lubi, o kochaniu nie wspominając. Najlepiej zrobiłabym, gdybym umarła, wszyscy odetchnęliby z ulgą, mając nareszcie święty spokój.

Miałam to szczęście, że trafiłam na cudownych psychiatrów i świetnych terapeutów. Dzięki nim udało mi się jako tako odzyskać równowagę psychiczną. Wiele jeszcze pracy przede mną, ale wiem, że mam ogromne wsparcie zarówno męża, jak i lekarzy. Uczę się na nowo poznawać świat, starając się zrozumieć, że nie składa się on wyłącznie ze skrajności. A także, że istnieją inne kolory poza czernią i bielą.

Najważniejsze jednak przyszło całkiem niedawno. Odkąd pamiętam, zawsze chciałam pisać. Już jako nastolatka pisałam dzienniki, wiersze, opowiadania. Marzyłam o tym, że kiedyś wydam własną książkę. Kiedy byłam w manii, sądziłam, że napiszę dzieło, które włączą do kanonu literatury światowej. Gdy przyszła depresja, zadręczałam się myślami, iż jestem totalnym beztalenciem, nic nie potrafię i niczego w życiu nie dokonam, a myśli o własnej książce są rojeniami chorego umysłu. Natomiast kiedy zaczęłam uzyskiwać jako tako równowagę, pewnego dnia po prostu usiadłam przy laptopie i napisałam pierwszy rozdział. Bez fanfar i oczekiwań cudu. I tak od tamtego dnia, w styczniu bieżącego roku, udało mi się napisać 150 stron. Z dnia na dzień marzenie o własnej książce staje się coraz bardziej realne. Czy mi się kiedyś uda wydać tę powieść, nie wiem. Wierzę jednak znowu w to, że warto mieć marzenia i odwagę, aby je realizować. To sprawia, że jestem szczęśliwa.

×