O tym jak jedna kotka przełamała moją niechęć do kotów…

 

O mojej niechęci do kotów od zawsze wiedzieli wszyscy. Nigdy nie darzyłam ich zaufaniem, pomimo, iż nigdy nie miałam z żadnym do czynienia. Aż do dnia – chyba zawsze jest takie „aż do dnia…”- gdy do firmy, w której pracowałam przybłąkała się „ona”.

Mała, czarno-biała kotka z główką skręconą do nieba – pozostawiony ślad po zapaleniu ucha, gdy nie mogła wyprostować główki. Patrzyła tak na mnie chudzinka, a ja ze strachem w oczach powoli się otwierałam na to stworzenie. Kito – tak dałam jej na imię. Okazało się, że koty nie zjadają ludzi w całości, a nawet lubią się tulić, ale tylko, gdy mają na to ochotę.

A. MatuszczakKito została firmową maskotką. Po spacerze wracała z głośnym miauczeniem, w ten sposób opowiadając plotki z okolicy. Dzielnie pomagała w „drukowaniu” dokumentów, siadając na drukarce, czym skutecznie blokowała ruch papieru. Uwielbiała szaleństwa na swoim placu zabaw, które kończyła uszczęśliwiona, natomiast  ja z krwawymi kreskami na dłoniach.

Czy czegoś mnie nauczyła? Owszem, nauczyła mnie przede wszystkim cierpliwości. Pokazała, czym jest  niezależność. Ogromnym wyróżnieniem były dla mnie momenty, gdy dobrowolnie wskakiwała na kolana i zasypiała. Czasami czaiła się niczym tygrys za drzwiami i mnie atakowała, gdy tylko przechodziłam.   Niestety jej nazbyt wielka pewność  siebie pewnego dnia obróciła się przeciwko niej. Zapomniała,  że nie jest  tygrysem w porównaniu z owczarkami niemieckimi. Pomimo tego, że Kito nie ma już wśród nas, miłość do kotów stała się tak wielka jak miłość do psów. I dzięki Kito trwa dalej.

 


Aneta Matuszczak

×